Łączna liczba wyświetleń

piątek, 13 grudnia 2013

Olga, część 2

Wczoraj płakałam przez Ciebie. Czułam jak po moim policzku spływają, coraz szybciej, łza za łzą. Nie mogłam ich powstrzymać. To kosztowało. Ale paradoksalnie, było piękne.

Dzisiaj zmęczyłaś mnie niewiarygodnie. Rollercoaster emocji, ktory mi proponujesz, jest momentami zbyt wielki. A jednak wchodzę w to, z sercem dłoni, oddana w stu procentach, zupełnie jak ty. Czasem się spalam, czasem nie wytrzymuje, czasem nie mogę się powstrzymać od łez...

Ale gdy tak wiele z siebie dajesz, reakcje są momentami nieprzewidywalne. Kiedy wracam wieczorami do domu, czuje jakbym nie miała sił nawet na kiwnięcie palcem. A jednak jakąś cudownie odnalezioną energią, udaje mi sie wstać z łóżka i ruszyć dalej.
Związek z toba jest niesamowicie wyczerpujący. A jednak nie wyobrażam sobie, ze mogłoby go nie być. To jest spełnienie tak wielkie, jakiego nigdy nie oczekiwałam. Oprócz fizycznego zmęczenia, które jest sprawą absolutnie nieważną, tak błahą i łatwą do naprawienia - oferujesz mi dużo więcej - moc, energię, siłę, pewność siebie, prawdę.

Nigdy nie sądziłam, że związek z Tobą tak wiele mi da. Chociaż momentami chciałabym cię rozszarpać na strzępy, przekląć i zostawić, to jednak... dziękuję, że jesteś Olga.

piątek, 6 grudnia 2013

K jak kwestionariusz

Wzorem Teatru Studio, zawsze uwielbiałam je czytać, więc czemu właściwie nie wypełnić...?


1. Kiedy słyszę słowo "aktor", myślę...
determinacja, praca, pasja; człowiek, którego chciałabym poznać!, który nie boi sie zamienić pasji w sposób na życie.

2. Niedościgłym wzorem aktorstwa jest...
jest kilka takich osób i wciąż dochodzą nowe, ale Magdalena Cielecka zawsze była i chyba będzie.

3. Książka, dla której warto było nauczyć się czytać...
Harry Potter! I chyba... Pan Tadeusz.

4. Film, do którego wracam najczęściej...
nie umiem wskazać, za mało widziałam, za mało oglądam, nad czym ubolewam...

5. Gdybym nie była tym, kim jestem, byłabym...
gdybym tylko była trochę wyższa chciałabym spróbować sił jako modelka. To fascynujące, można zwiedzić i pomieszkać w tylu zakątkach świata!



6. Gdybym mogła się urodzić jako fikcyjna postać, byłabym...
Moją ukochaną Hekate z Makbeta. Zło w pięknym wydaniu!

7. Nigdy nie mogłam zrozumieć...
jak to się dzieje, że te wszystkie rzeczy się dzieją...

8. Sukces to...
coś najpiękniejszego, jeżeli tylko nie staje się codziennościa.

9. Porażka to...
gorycz, którą możemy zamienić w siłę.

10. Nie uznaję słowa...
"niemożliwe".

11. Spektakl, którego nigdy nie zapomnę...
"(A)pollonia" Warlikowskiego i "Moja Piaf" z Teatru Nowego w Poznaniu (widzałam już chyba sześć razy!)

12. Teatrowi w Polsce życzę...
mądrości mądrości mądrości, mądrych reżyserów i mądrych aktorów i mądrych widzów, którzy by to wszystko zrozumieli.



środa, 23 października 2013

Olga

Mój związek z Olgą nabiera kolorów.
Nie należy do łatwych. Dopiero się docieramy. Olga wywołuje we mnie bardzo skrajne emocje. Momentami potrafię cieszyć się z nią jak dziecko, momentami doprowadza mnie do łez i wręcz uniemożliwia funkcjonowanie.
Z początku się tego bałam, jak to tak, na stałe, na długo, jednostajnie - ja i ona.
A jednak z każdą chwilą jest coraz łatwiej. Poznaje ją coraz bardziej, staje mi się coraz bliższa. Coraz bardziej zaczyna mnie intrygować, jej zachowanie, jej sposób bycia. Myślałam, że jesteśmy kompletnie różne, burzyłam się, że jak to tak: ona-ja? ja-ona? A jednak z czasem odkrywam jak wiele mamy wspólnego, zachowania, emocje, sposoby na chowanie się przed światem, zakładanie masek, a nawet wychowanie i dzieciństwo.
Zaczynam uwielbiać nasze wspólne chwile. I nie przeszkadza mi to, że jesteśmy razem - ona i ja, bez żadnej zmiany.
Może niedługo zapracuje sobie na to, by zamiast ona i ja zostało po prostu... ja?

.

Najpiękniej jest zawsze wtedy, gdy wracam zmęczona do domu wieczorem.
Za oknem już ciemno, wiatr świszczy od prędkości, w słuchawkach brzmi sentymentalnie Edyta Bartosiewicz. Pusta, oświetlona droga wita przyjaźnie mój pęd.
Mięśnie przypominają o swoim istnieniu przy każdym najmniejszym ruchu, głowa boli od emocjonalnego wysiłku, dawka nikotyna rozchodzi się po organiźmie centymetr po centymetrze...
I właśnie wtedy jest najpiękniej.
Wtedy rodzą się w głowie najpiękniejsze myśli i wspomnienia i nic może zagłuszyć tego spokoju i pewności siebie.

Szkoda, że te chwile są takie ulotne. Takie na chwile, do uchylenia furtki.

wtorek, 1 października 2013

Początki.

O godzinie 12:40 czasu lokalnego samolot latający na trasie Lanzarote-Poznań oderwał swoje koła od pasu startowego. Tym samym czekało mnie ostatnie kilka godzin wakacji.
I wcale nie czułam bólu, strachu, ciężaru. Wręcz przeciwnie.

Wieczorem, po dotarciu do domu wysłałam kilka najpotrzebniejszych maili. Pół nocy spędziłam wybierając fragmenty "Chłopów" i szukając odpowiedniej piosenki. Zasnęłam z "Panem Tadeuszem" pod poduszką.
Obudziłam sie z uśmiechem na twarzy.
Spędziłam kilka godzin w kolejce do gabinetu dyrektorki instytutu pracując ciężko i zapisując na marginesach egzemplarza analizy i stany emocjonalne. Cudownie.
W skrzynce odbiorczej czekał na mnie mail: "Przyjeżdżasz w ten weekend do Krakowa?".

A więc wszystko rusza! Jeszcze kilka niezbędnych telefonów, kiedy tylko poznam pozostałe fakty z mojego życia i wszystko się rozkręci.
I dnie zalatane, pełne wielorakich zajęć i weekendy wyjazdowe spędzane z czerwoną trailerką w ręku.

I jakże oczy sie błyszczą na samą myśl o krakowskim rynku i hostelu Brama i nawet o tych Chłopach!
Ruszajmy! Ruszajmy z tą przygodą! Niech będzie wspaniała!!!


W lipcu, w konsekwencji kolejnej przepłakanej nocy, powzięłam silne postanowienie - w tym roku zrobię coś spektakularnego. Przełomowego. I tak będzie.

Serce się cieszy, umysł otwarty, ciało gotowe na kolejne wyzwania! Ruszajmy!
Iskierki w oczach wystarczą za potwierdzenie, że jestem gotowa bardziej niż kiedykolwiek. Ten rok będzie wielki. Działajmy więc!

piątek, 14 czerwca 2013

Run run run away...

Poranna kawka na tarasie
Szorty i t-shirt jako idealny zestaw na dzień
Krótka, pozytywna lekcja muzyki
Jogging w lesie
Rozgrzewka dykcyjna na polanie
Krótka drzemka
Lunch na trawie
Pozytywnie wyczerpująca próba w teatrze
Zastrzyk dobrej energii w morzu paniki

I że tak może kiedyś będzie zawsze, zawsze, zawsze....

A na razie mam ochotę biec. Biec do przodu, biec zapamiętale, jak Forrest Gump, by zapomnieć, by nie myśleć, by się odciąć, by po prostu nie móc robić nic innego tyko biec. Noga za nogą, do przodu, przed siebie, gdziekolwiek... Więc biegnę, biegnę, biegnę, biegnę, może coś z tego kiedyś będzie.

poniedziałek, 27 maja 2013

Walczyć o byle co, byle co...


Nie rosnąć i nie chodzić spać
Przyzwoitości w twarz się śmiać
Przyjaciół nigdy nie bać się
I z romansów tylko miłość znać
Wierzyć, że można zmienić świat
Nie czuć, jak szybko mija czas
"Żyć nie umierać" słów poznać sens
Nim na opak całkiem zmienią się



Wczoraj był kolejny najpiękniejszy dzień mojego życia.
Jeszcze chwila i rozpłakałabym się ze wzruszenia jak dziecko.

Może nie jestem z pokolenia romantyków,
ale potrafię kochać na zabój jak nikt inny.
Naprawdę.

A jednak świat (a może po prostu dobrzy ludzie?) potrafi zaskoczyć!
A małe gesty liczą się czasem najbardziej.

poniedziałek, 20 maja 2013

Chwila z mojego życia

Stoję w korytarzu zatłoczonego pociągu, nie starczyło miejsc siedziących. Wystawiam głowę przez okno, wiatr przyjemnie mnie ochładza. Przyszło lato. Mam na sobie krótkie spodenki i zwiewną koszulę. Obok mnie stoi przyjaciel. Śmiejemy się praktycznie cały czas, z małymi przerwami na chwilę zadumy i zapatrzenia w pędzący krajobraz przed nami. Wracamy właśnie z Gór Stołowych, gdzie spędziliśmy ostatnie trzy intenstywne dni. Czujemy się jak rasowi turyści - z plecakami, śpiworami. Zmęczeni do krańców możliwości, ale chyba równie mocno szczęśliwi. Właśnie dostaliśmy wspaniałą pracę na wakacje i obydwoje uśmiechamy się do swoich myśli, jak to będzie. Wyobrażamy sobie te wszystkie chwile i jednocześnie czujemy ciężar odpowiedzialności, która na nas spoczywa. A potem patrzymy na siebie i wybuchamy histerycznym śmiechem. W uchu mam słuchawkę, z której non stop wydobywa się głos wokalisty Enej tłumaczący mi: "Tak smakuje życie, chwilę być na szczycie, chwilą warto żyć!". Podryguje delikatnie w rytm muzyki, w tym właśnie momencie czując, że to jest ta chwila na szczycie. Tak po prostu, stojąc w zatłoczonym pociągu relacji Wrocław Główny-Pozań Główny.
Bo to co naprawdę piękne rzadko jest spektakularne...

czwartek, 16 maja 2013

It's only when I'm dreaming...

Życie codziennie jest naprawdę niesamowite. Przygoda za przygodą, wyjazd za wyjazdem, dzień za dniem nowe wyzwania, doświadczenia, emocje; kolorowe, szybkie, urozmaicone. A najlepiej - przeżywane z dnia na dzień, tak po prostu, bez wybiegania w przyszłość czy przeszłość.
Tak mała refleksja na dziś.


czwartek, 9 maja 2013

Jeżyce.... Story.

Czy kiedyś wspomniałam, że kwiecień był ciężki jeżeli chodzi o wyjazdy?
To nie przewidziałam tego, co stanie się teraz...
Wawa-Kraków-Pasterka-Wawa-Kraków-Wawa...
I naprawdę na myśl o ulicy Chmielnej robi mi się niedobrze!

JA PIERDOLĘ.

Jeżeli ja się doczłapię żywa do połowy czerwca.... to będzie sukces.
Chyba trzeba będzie wprowadzić jakieś modyfikacje w tym planie, no nic, na razie niech się kręci.

Ale jakkolwiek się kręci lub nie, budzi się we mnie Hometown Glory.
Jak dobrze mi było się przejść dzisiaj po Jeżycach po tygodniowej przerwie.
Nie sądziłam, że to będzie aż taka ulga.
Zresztą ilekroć wchodzę do Teatru, mam ochotę powiedzieć: "O Boże, jak bardzo kocham to miejsce".
A potem: "O Boże jak bardzo CIEBIE KOCHAM" mając na myśli zupełnie konkretne osoby, których tu jednak nie wymienię.
Tak naprawdę mogłabym już pozostać tylko przy was. A jednak coś każe mi biec i biec do przodu, nie zatrzymywać się, gonić.
I zasypiać z tego śmiertelnego zmęczenia każdego wieczora...
Odpoczynek to chyba coś o czym ostatnio marzę. Ale od czego są długie godziny spędzane w pociągach?

Nie ma co narzekać, trzeba się spiąć i działać, nikt za mnie życia nie wygra!
Tak to już jest, na walizkach, może powinnam się przyzwyczaić :)


A dzisiaj zrobiłam sobie taki mały prezent.
I nie poszłam na pantomimę.
Tak o, żeby odpocząć.
Woda ziemia hemoglobina, mistyfikacje.
Takie sytuacje.

niedziela, 28 kwietnia 2013

My place to live

O matko, jak mi tu dobrze.
Dobrze jest latać po świecie, krążyć bez zatrzymania i bez ustanku.
Ale dobrze też czasem zatrzymać się na chwilę. Wziąć głęboki wdech poznańskiego powietrza, pobywać w dobrze znanych miejscach, wyspać się porządnie. Bezpieczeństwo...
A potem znów można pędzić, biegać, latać.
Ale jeszcze nie teraz, teraz jeszcze chwila dla Poznania!

piątek, 5 kwietnia 2013

W Tobie moje niepokoje.

Z puzzli, domów, samochodów i wind
Mieszkańców, mętów, przekrętów
Psów, sklepów, dyskotek i kin
Szpitali, cmentarzy i gliniarzy
Bazarów, browarów i kiosków
Hipermarketów, gadżetów
Pseudofacetów i superkobitek
Moje miasto przestrzeni rozbitek.



Tak sobie myślę i nucę oglądając mój Poznań zza szyby pociągu do Warszawy Centralnej. I czując jak powoli dopada mnie nostalgia. Bo w sumie bardzo chętnie zaszyłabym się na Jeżycach, poszła na premierę do Nowego, wypiła kawę w Zapadni albo sok w JuiceDrinkers, a wieczór spędziła w Za kulisami upijając się kolejnym piwem smakowym. Taka jakaś błogość...
No ale cóż. Zamiast tego TR Warszawa i piwo na Placu Zbawiciela. Też nienajgorzej :)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Chwila z mojego życia

Bo to co naprawdę piękne rzadko jest spektakularne...
Leżę w ciepłym basenie. Temperatura wody przyjemnie kontrastuje z minusową temeperaturą powietrza. Leżę zanurzona po szyję, tylko głowa wystaje mi z wody. Obok mnie leży przyjaciółka. Rozmawiamy. O niczym poważnym, pewnie o teatrze albo o zmiennym kolorze wody, który porównujemy do śliwek w kompocie. Patrzymy na monumentalne, zaśnieżone góry przed nami. Jesteśmy z dala od całego naszego świata, z dala od wszystkich spraw, które nas na codzień otaczają. Leżymy dłuższy czas w tej wodzie, może nawet milczymy. Nie myślimy o niczym konkretnym. Po prostu, patrzymy przed siebie.
Nic wielkiego, nic spektakularnego, ot, taki moment.

A dzisiaj pomyślałam sobie, że to chyba była najpiękniejsza chwila jaką przeżyłam w ostatnim czasie.

środa, 27 marca 2013

Co nas kręci, co nas podnieca - czyli Międzynarodowy Dzień Teatru

Profesjonalizm aktora nie oznacza pewności siebie. Jestem niepewna swojej siły wrazu wychodząc na scenę, zawsze jestem taką kulą lęku, wydaje mi się, że te ręce i nogi nigdy się nie uruchomią. - Dorota Segda

W tym pięknym, bardzo ważnym dla mnie dniu - wszystkiego najlepszego! Wielu teatralnych uniesień, emocji płynących ze sceny, wielu odkryć i ciekawych rozwiązań, powrotu choć na trochę starej dobrej klasyki, samych udanych eksperymentów i samych fantastycznych doznań.
I żeby ta pasja nigdy nie wygasła, żeby zawsze pokazywała właściwą drogę, i żeby cele stawały się rzeczywistością.

I z tej właśnie okazji subiektywny przegląd tego co było - czyli kolejny mix of inspirations.


Anna Karenina w Teatrze Studio. Natalia Rybicka - mój mistrz.


Jeżyce Story. Posłuchaj miasta - czyli eksperyment, który sie udał!


Najwspanialszy jubileusz ever! Życie to nie teatr <3 
Dzisiaj już po raz czwarty!


Spełnienie wielkiego, wielkiego marzenia. Dzienniki w Teatrze Imka.


Persona. Marilyn i Sandra Korzeniak. Dawno (nigdy?) nie widziałam czegoś takiego w teatrze. Wciąż nie może wyjść z głowy.


Dwunastu gniewnych ludzi. Tyle piękna na jednej scenie, to po prostu być nie może!


Opowieści afrykańskie według Szekspira. Odsłona pierwsza teatralnych przygód. "Siada, ściąga spódnicę, sra". Popławska i Ostaszewska znów niezastąpione. Choć do (A)polloni jeszcze daleko.



Dom lalki. Dobra odsłona współczesności i rewelacyjna Anna Mierzwa!


Nietoperz, TR Warszawa. Czyli odkrycie tego teatru, współczesność która nie boli i aktorska KLASA.


Namiętność. Odkryta dopiero niedawno, wspaniałości!


Komornicka. Biografia pozorna. Anita Sokołowska najwyższej klasy, chylę czoła.


Paw królowej. Teatr Stary. Po jakimś czasie się przekonałam, że jednak całkiem dobra rzecz, typowo Masłowska, ale dobra.


Maria walczy z aniołami. Dobre, bo własne.



I oby jak najwięcej takich doznań i pozytywnych zaskoczeń. Bo marzy się Królowa Margot, Księżniczka na opak wywrócona, Między nami dobrze jest, Lupa w dużej ilości, Nancy.Wywiad (marzy się tak bardzo, od tak dawna!), (A)pollonia jeszcze raz, jak sie uda to i Dzienniki, Firma - żeby zweryfikować swój osąd i Dom Bernardy Alba, eksplorowanie Teatru Starego, Teatru Studio i TR Warszawa (bo tam prawie wszystko dobre), coś w Barakah, Łaźni Nowej i Nowym w Krakowie. W ogóle dużo się marzy. Bo teatru nigdy za dużo!

A zapraszam jeszcze tu: http://5kilokultury.wordpress.com -> w Tyglu Kutlury z wielką przyjemnością piszemy o teatrze!!

czwartek, 21 marca 2013

Wiosenny Nowy Świat?

Jeszcze będzie wiosna!
I chodzenie w lekkich trampeczkach, i cudowne ogródki w kawiarniach, w których można palić papierosa za papierosem w towarzystwie tarty z mascarpone i owocami, i śpiew ptaków, i słońce wpadające przez moje okno codziennie rano, i tak cudownie duuuużo pozytywnej energii, i wałęsanie się po teatrach do późnych godzin, i będzie jasno do późnego wieczora, i będzie piwo nad Wartą, i kontenery, i imprezy na wolnym powietrzu, i będzie taki piękny świat.














Tak mi się dzisiaj przypomniało, że tak może być.

wtorek, 19 marca 2013

Psssst.....

Chęć życia nam nie zbrzydła,
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła
I myśli sobie Ikar, co nie raz już w dół runął
Jakby powiało srogo, to bym jeszcze raz pofrunął!






Dziwna sprawa, dziwne spostrzeżenie.
Kiedyś uwielbiałam zagrążać się w przeszłości, zatapiać się we wspomnieniach, roztrząsać jej kolejne aspekty, przypominać sobie wszystkie chwile po kolei. I zabierało mi to tyle czasu, i sprawiało tyle przyjemności...
A teraz? Przeraża mnie, panicznie się jej boję. Do tego stopnia, że przeglądając stare maile, nie wiedziałam, czy dam radę przejrzeć je do końca.
Nie rozumiem tego.

Czy to ja się tak zmieniłam, że nie chcę mieć z "tamtą" nic wspólnego?
Czy to teraźniejszość jest taka wspaniała?

Za to przyszłości wciąż przyglądam się z rozmarzonym wzrokiem i uśmiechem na twarzy.



Więc do pracy, rodacy!
Byle szybko, intensywnie.
Potrzebuję tego bardzo, żeby wszystko się kręciło. To jak tlen.
Na szczęście dużo wyjazdów w perspektywie, próby, Maria, spotkania, lekcje. Kręci się.

czwartek, 7 marca 2013

Dekadencja

Dekadencja, bohema, rozkład totalny.
Tylko sztuka i wódka i nic innego.
Kawa zamiast zajęć, zagłebianie się w Notatnikach Teatralnych na całe dnie.
Tak dłużej po prostu być nie może...
...
...
chociaż to takie przyjemne......





A dzisiaj słuchając muzyki położyłam sie na dywanie i... odpłynęłam. Zupełnie. Całkowicie. Gdzieś daleko.
Dlaczego robię to tak rzadko?


A jutro odpływam w góry, i pozytywnie. Choć nastrój trochę nie ten.








A dziesiejszy dzień chyba będzie ważnym w szerszym historycznym znaczeniu. Oby?

poniedziałek, 25 lutego 2013

Choć na Brackiej nie padał deszcz...

Dziś rano, po raz pierwszy chyba, z naprawdę ciężkim sercem mijałam dworcową tabliczkę Kraków Główny. Ostatnie dni były tak pięknie intensywne, że właściwie w mojej głowie zakorzeniła się myśl, że mieszkam w Krakowie. Że jest Rynek, obwarzanki na śniadanie, zapiekanki na Kazimierzu, zajęcia i wieczorne wyjścia do teatru. Pięknie, pięknie, pięknie.
Jeszcze tak nie dawno byłam już na progu decyzji, żeby to rzucić, że już więcej nie, nigdy.
A teraz ciężko mi sobie wyobrazić, że tego mogłoby nie być.
Uwielbiam te moje weekendy oderwania od rzeczywistości. Albo raczej, innej rzeczywistości. Bo za każdym razem czuję się, jakbym wraz z podróżą pociągiem przenosiła się do innej czasoprzestrzeni.
I pięknie jest, i daje mi to dużo pewności siebie i dobrej energii.
I dużo dużo dużo bardzo dobrych pomysłów na przyszłość.

Mój Krakówek i mój Poznań to połączenie idealne. A co będzie dalej - niech będzie. Będzie co ma być, na razie jest dobrze tak jak jest!

sobota, 9 lutego 2013

Bitch mode: on!

Kiedy za oknem śnieg, a w kalendarzu posesyjne ferie, co oznacza że człowiek ma trocję więcej czasu,  nastaje ochota na zrobienie czegoś, na co się zwykle czasu nie ma.
W naszym przypadku, oznacza to jedno - pieczenie.
Trzeba przyznać, że spotkania moje i O. w jedno obfitują na pewno - w jedzenie! A że człowiek przecież nie uczy się na błędach, a ich popełnianie jest taaaak dziko przyjemne, postanowiłyśmy więc znowu dać swoim żołądkom trochę przyjemności.
Po tradycyjnym obiedzie w Macu, składającym się z mnóstwa Big Maców, frytek, McNuggetsów, i innych bardzo bardzo niezdrowych rzeczy, naszła nas ochota na coś słodkiego.
Więc zaczęłyśmy piec.
Miało to być tylko jedno ciastko...




a wyszło... trochę więcej.
I chyba dobrze, że nie posiedziałyśmy dłużej na amerykańskim blogu z wypiekami, bo czuję że w mojej kuchni nie pozostałby absolutnie żaden składnik który można by w jakiś sposób wykorzystać do przygotowania słodkości :)


No cóż - kulinarne szalestwo od czasu do czasu każdemu wychodzi na dobre!
A po kulinarnym szaleństwie, jako że tytułujmy się zacnie - Rich Kids of Instagram - należy sobie z wypiekami zrobić porządną sesję.
Tak oto działa na człowieka zbyt wiele glukozy we krwi!













I tylko mój pies znudzony był tymi wypiekami ....


A gdy nadchodzi pierwsza w nocy, przychodzą do głowy również różne dziwne pomysły. I wtedy człowiek wpada na pomysł, że może warto by jeszcze coś zjeść (przecież wcale nie jadł nachosów i innych chipsów, kilograma ciast i innych słodyczy!). I wtedy człowiek wpada na pomysł, żeby ugotować spaghetti...


A do tego cała kupa śmiechu, rozmów, obczajanki i robienia różnych pustych, głupich i absolutnie nic nie wnoszących rzeczy - ale jakich przyjemnych! A następnego dnia kolejne ciasta i nieprzyzwoita ilość hot-dogów. I co z tego, że zdecydowanie zbyt dużo. 
Taki błogi czas <3

sobota, 12 stycznia 2013

A Grochów się budzi z przepicia...

Czy tylko mnie Warszawa wciąga w tak szalone rewiry działania? Ostatnie dni zdecydowanie na to wskazują. Ale dobrze, szalone, szybkie miasto, znowu je polubiłam. I przy okazji poczułam gimbasową potrzebę opisania tu wczorajszego dnia, bo do nudnych to on na pewno nie należał.

Godzina 5 rano. Budzę się w swoim łóżku w Poznaniu. Wydaje mi się, że jest 6, więc idę wziąć prysznic (dodajmy tylko, że położyłam się o 2:30). Zaliczam pewnego facepalma, kiedy wychodząc spod prysznica orientuję się, że jest 5:11, a nie 6:11. W takim razie, wygrałam jeszcze godzinę snu.
Oczywiście budzę się ponownie za późno, więc w ekspresowym tempie ubieram sie, pakuję walizkę i wybiegam z domu.
Godzina 8 rano. Wpadam na kolokwium z odsłuchu spóźniona jakieś 5 min, ale nic to, daje rade. Po zajęciach biegem na pociąg. Bilet i szybka kawka w Le Crobac. 10:30 ruszam w kierunku Warszawy, odpuszczając sobie hiszpański dla wyższych przecież celów! Jadę sobie spokojnie pociągiem, udając że cały czas intensywnie spożywam colę zakupioną w Warsie, co by mieć miejsce do siedzenia. Oglądam film, gdy dostaję sms-a od DZ.
"Asiu, możemy się spotkać dzisiaj o 18".
... Doskonale. Kupiłam już bilet do teatru. NA 18.
Chwila wachania, no ale przecież są sprawy ważne i ważniejsze. A bilet na pewno można przebukować. Czeka mnie zatem bieg do TR Warszawa zaraz po przyjeździe. No trudno. Odpisuje.
"Super, będę!".
Teraz tylko gorączkowa myśl. Skoro nie idę dziś na Lupę, zatem trzeba zrobić zamianę wieczorów, i dzisiaj pójść na co innego, bez teatru być nie może. Ale muszą to grać o 19:30 najwcześniej. Jest, Anna Karenina w Teatrze Studio! Obliczam czy starczy mi pół godziny na dojazd z Kaliskiej do Pałacu Kultury. A nic, raz kozie śmierć! Najwyżej stracę to 30 zł :)
Dojeżdżam do Warszawy o 13:45. Biegnę kupić bilet 3-dniowy i łapię tramwaj numer 10. Wpadam do TR Warszawa. Pytam, czy można przebukować bilet. Można! Super! Ach, jednak nie, bo nie kupiła go Pani u nas, tylko w e-bilecie. Dobra, niech stracę, w końcu to LUPA.
"W takim razie po prostu poproszę bilet na jutro". I wykładam na ladę 50 zł. MAM!
Musze jeszcze tylko odwołać spotkanie na "Mieście snu". Tak, byłam umówiona...
Teraz zarejestrować się w hostelu. Pierwsze wrażenie na pewno lepsze niż to z Zielonego Mazowsza. Jak na miejsce do spania na pewno wystarczy, na szczęście dostaję kod do drzwi = mogę wrócić o której chcę. Krótki oddech w hostelu, naprawdę krótki. Taki tylko, żeby zostawić rzeczy i przeczytać jeden rozdział McDusi. Komu w drogę, temu czas!
Muszę podejść do Teatru Studio, kupić bilet. Po wstępnej obczajce, wiem że zostały tylko 4. Ale najpierw trzeba sprawdzić czy mam juz hajs na koncie. Kieruję się więc w stronę Złotych Tarasów. W tym momencie dostaje sms-a, że konto zasilone. Zatem w tył zwrot! I to Teatru Studio! Dostaje miejsce w pierwszym rzędzie (Loooool!), obym tylko się wyrobiła w pół godziny.
Mam jeszcze troche czasu do zajęć, więc idę zjeść tradycyjne tanie sushi do Złotych. Przechodząc koło KFC, wpada na mnie... Vór. Kumpel, którego nie widziałam od dobrych paru lat. Więc oczywiście, należy owo tanie sushi skonsumować razem.
W międzyczasie staram się ustalić co z wieczorem. Wysyłam więc sms-y w różnych kierunkach: "Pijemy coś, gdzieś, dziś?". Bezzy zaprasza do siebie. Doskonale oto mi chodziło!
W trakcie posiłku i przemiłej rozmowy dostaję jeszcze kolejnego sms-a. "Z powodu choroby aktora spektakle "Miasto snu" w dniach 11-13.01 zostają odwołane". Cholera jasna! NAPRAWDĘ chciałam zobaczyć tego Lupę, mimo że wizja 6h30 w teatrze na spektaklu lekko mnie przerażała. W takim razie pozostaje tylko jedno wyjście, Warlikowski. Grają "Życie seksualne dzikich" Garbaczewskiego. Chciałam się od niego uwolnić, ale cóż, nie jest mi pisane. Waham się chwilę, bo żal mi troche "Premiery" w Komedii i "Wodzireja" w Imce, ale jednak na ten weekend zaplanowałam mocne teatralne wrażenia i należy się ich trzymać! Wysyłam więc maila z rezerwacją i czas już lecieć na zajęcia.
To jedyna chwila wytchnienia dzisiejszego dnia, mam zapas czasowy jakiś 15 minut, więc spokojnie spaceruje sobie ulicą przestępując z nogi na nogę, paląc papierosa i podśpiewując "Alkoholicy z mojej dzielnicy" na zmianę z "Kobieta się waha". Miło.
Docierając, dostaję telefon od DZ, czy docieram, bo nie jest pewna czy miała mi jeszcze potwierdzić swoje 99%. Dla mnie 99=100. Całe szczęście, że nie było inaczej!
Zajęcia, ku mojemu zaskoczeniu, mijają naprawde pozytywnie i wprawiają mnie w dobry nastrój. Nowy tekst Szczepkowskiej zostaje przyjęty i to w dodatku z entuzjazmem. Doskonale, małymi kroczkami do celu! Zapominam trochę o czasie i z przerażeniem orienuje się, że jest już 19:10!
Rzucam się w szaleńczy bieg przez ulicę Kaliską, nieważne że moja torebka waży ze 100 kilo. Wpadam do taksówki i niczym w pościgowych filmach wykrzykuje: "Pod Pałac Kultury, JAK NAJSZYBCIEJ!". Taksówkarz jest zaiste bardzo miły i robi co w jego mocy. Po drodze ucinamy sobie jeszcze pogawędkę o sensowności remontów w centrum miasta. Na miejsce docieram 19:28. Biegnę na łeb na szyję, wpadam do teatru studio, pokonuje schody, ufff! Zdążyłam!! Siadam zdyszana na swoim miejscu. Okej, teraz już wiem dlaczego miejsca w pierwszych rzędzie były wolne. Scenę mam tak raczej nad sobą. Ale spoko, nie jest źle.
Spektakl. Wow. Zdecydowanie wow. Dostrzegam zalety siedzenia w pierwszym rzędzie. Widok spływających łez po twarzach poszczególnych aktorów zawsze działał na mnie jak magnes. No i do tego kopalnia monologów i wspaniałych tekstów. Same plusy! Ani przez chwilę nie żałuję szaleńczego biegu do teatru. Studio awansuje w moim rankingu warszawskich teatrów na wysokie, wysokie miejsce!
Uradowana wychodzę z teatru. Teraz do kompletu party, sztuka i nauka, pozostaje już tylko party. Nauka już była, sztuka - i to jaka! - też. Więc po drodze do Bezzyego zachaczam o złote tarasy. Kupuję upragniony gin i inne zagryzki. Docieram na Bagno trochę później niż planowałam, ale docieram! I żeby dokończyć intensywny dzień, intensywnie pijemy, rozmawiamy z Nelą na skypie, zagryzamy pizzą i bawimy się na youtube party! Stwierdzam, że powrót do hostelu jest absolutnie wykluczony. Więc śpię u Bezducha. Budzę sie na dźwięk budzika o 10:30 i... "za oknem zimowo zaczyna się dzień, zaczynam kolejny dzień życia".

A teraz siedzę w ATM-ie czekając na kolejną sztukę Nowego Teatru - a miałam z tym skończyć i zobaczyć Lupę! - po kolejnych udanych zajęciach i gimbazowo opisuje to wszystko.
Warszawa to piękne miasto.

czwartek, 10 stycznia 2013

W głębi jest neon i mój Panteon...

Wklejam piosenkę zamiast słów, o Miłości mojego życia, o rozterkach czy jechać czy nie, o dziwnym poczuciu zdrady, o niezdecydowaniu, o braku energii, o kompletnym mętliku w głowie i znów o Miłości mojego życia.
Ciężki czas, sama nie wiem dlaczego.
Ale teraz w ogóle NIC nie wiem. NIC.

 Otwieram oczy,
A rano w zimie
To rzecz niełatwa.

Dźwigam się z nocy,

Stąpam po linie,
Byle do światła.

Podnoszę rękę,

Odgarniam chmury
Jak przywidzenia.

Wkładam sukienkę,

Przenoszę góry,
Bieg zdarzeń zmieniam.

Zmieniam bieg zdarzeń,

Kiedy śnieg strącam z gałęzi świerku,
Gdy konfitury wieczorem smażę,
Kocham bez lęku.

Wiele się zdarzy,

Bo będą świty do obudzenia,
Bo ciągle czytać chcę w twojej twarzy,
- pełna zdziwienia.

Otwieram okno

I nagle Ziemia
Rusza do słońca.

Więc się przedzieram

Z nią przez gąszcz cienia.
Deszcz, śnieg roztrącam.

Zrzucam pancerze

Dziwnego kroju
- świt już nie rani.

Teraz w to wierzę,

Bo w mym pokoju
Pachnie jabłkami.

Pachnie jabłkami.

Wstaję i idę w piękne nieznane.
Rzeźbię, maluję świat spojrzeniami,
Wierzę w przemianę

- z kropli jest rzeka,

Z okruchu ciepła - drzewo i owoc,
A z moich pragnień - droga daleka.
Więc idę. Idę. Masz moje słowo. 



Kiedyś jeszcze "włoże sukienkę i przenosię góry".
Oby jak najszybciej.
Jutro, w sobotę najpóźniej.
Najlepiej na stałe.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Gdy konfitury wieczorem smażę, kocham bez lęku.

Dzisiaj obudziłam się szczęśliwa.
Po raz pierwszy od jakiegoś czasu, z prawdziwym uśmiechem na twarzy i pomyślałam sobie "Mam dobre życie".
Jednak kocham ten mój Poznań, te parę miejsc, w których warto bywać, tę parę miejsc tak bardzo znajomych i już domowych i tych parę ludzi, którzy są najważniejsi i jedyni.
I widzę jak dzięki nim zmieniam się.
Staję się odważniejsza, pewniejsza siebie i choć boję się pewnie tak samo jak kiedyś, to jakoś ten strach udaję się przezwyciężyć i obrócić w sukces.
Dzisiaj rano pomyślałam nawet, że mam siłę i na Kraków, i na Warszawę.






Zdjęcia z warsztatów z Greggiem Goldstonem, autorstwa Leszka Bajkowskiego.




Dziwne, mądre pytanie: "Czy lubisz siebie?".
Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia.
To dobra refleksja na kolejnych parę dni.