Czy tylko mnie Warszawa wciąga w tak szalone rewiry działania? Ostatnie dni zdecydowanie na to wskazują. Ale dobrze, szalone, szybkie miasto, znowu je polubiłam. I przy okazji poczułam gimbasową potrzebę opisania tu wczorajszego dnia, bo do nudnych to on na pewno nie należał.
Godzina 5 rano. Budzę się w swoim łóżku w Poznaniu. Wydaje mi się, że jest 6, więc idę wziąć prysznic (dodajmy tylko, że położyłam się o 2:30). Zaliczam pewnego facepalma, kiedy wychodząc spod prysznica orientuję się, że jest 5:11, a nie 6:11. W takim razie, wygrałam jeszcze godzinę snu.
Oczywiście budzę się ponownie za późno, więc w ekspresowym tempie ubieram sie, pakuję walizkę i wybiegam z domu.
Godzina 8 rano. Wpadam na kolokwium z odsłuchu spóźniona jakieś 5 min, ale nic to, daje rade. Po zajęciach biegem na pociąg. Bilet i szybka kawka w Le Crobac. 10:30 ruszam w kierunku Warszawy, odpuszczając sobie hiszpański dla wyższych przecież celów! Jadę sobie spokojnie pociągiem, udając że cały czas intensywnie spożywam colę zakupioną w Warsie, co by mieć miejsce do siedzenia. Oglądam film, gdy dostaję sms-a od DZ.
"Asiu, możemy się spotkać dzisiaj o 18".
... Doskonale. Kupiłam już bilet do teatru. NA 18.
Chwila wachania, no ale przecież są sprawy ważne i ważniejsze. A bilet na pewno można przebukować. Czeka mnie zatem bieg do TR Warszawa zaraz po przyjeździe. No trudno. Odpisuje.
"Super, będę!".
Teraz tylko gorączkowa myśl. Skoro nie idę dziś na Lupę, zatem trzeba zrobić zamianę wieczorów, i dzisiaj pójść na co innego, bez teatru być nie może. Ale muszą to grać o 19:30 najwcześniej. Jest, Anna Karenina w Teatrze Studio! Obliczam czy starczy mi pół godziny na dojazd z Kaliskiej do Pałacu Kultury. A nic, raz kozie śmierć! Najwyżej stracę to 30 zł :)
Dojeżdżam do Warszawy o 13:45. Biegnę kupić bilet 3-dniowy i łapię tramwaj numer 10. Wpadam do TR Warszawa. Pytam, czy można przebukować bilet. Można! Super! Ach, jednak nie, bo nie kupiła go Pani u nas, tylko w e-bilecie. Dobra, niech stracę, w końcu to LUPA.
"W takim razie po prostu poproszę bilet na jutro". I wykładam na ladę 50 zł. MAM!
Musze jeszcze tylko odwołać spotkanie na "Mieście snu". Tak, byłam umówiona...
Teraz zarejestrować się w hostelu. Pierwsze wrażenie na pewno lepsze niż to z Zielonego Mazowsza. Jak na miejsce do spania na pewno wystarczy, na szczęście dostaję kod do drzwi = mogę wrócić o której chcę. Krótki oddech w hostelu, naprawdę krótki. Taki tylko, żeby zostawić rzeczy i przeczytać jeden rozdział McDusi. Komu w drogę, temu czas!
Muszę podejść do Teatru Studio, kupić bilet. Po wstępnej obczajce, wiem że zostały tylko 4. Ale najpierw trzeba sprawdzić czy mam juz hajs na koncie. Kieruję się więc w stronę Złotych Tarasów. W tym momencie dostaje sms-a, że konto zasilone. Zatem w tył zwrot! I to Teatru Studio! Dostaje miejsce w pierwszym rzędzie (Loooool!), obym tylko się wyrobiła w pół godziny.
Mam jeszcze troche czasu do zajęć, więc idę zjeść tradycyjne tanie sushi do Złotych. Przechodząc koło KFC, wpada na mnie... Vór. Kumpel, którego nie widziałam od dobrych paru lat. Więc oczywiście, należy owo tanie sushi skonsumować razem.
W międzyczasie staram się ustalić co z wieczorem. Wysyłam więc sms-y w różnych kierunkach: "Pijemy coś, gdzieś, dziś?". Bezzy zaprasza do siebie. Doskonale oto mi chodziło!
W trakcie posiłku i przemiłej rozmowy dostaję jeszcze kolejnego sms-a. "Z powodu choroby aktora spektakle "Miasto snu" w dniach 11-13.01 zostają odwołane". Cholera jasna! NAPRAWDĘ chciałam zobaczyć tego Lupę, mimo że wizja 6h30 w teatrze na spektaklu lekko mnie przerażała. W takim razie pozostaje tylko jedno wyjście, Warlikowski. Grają "Życie seksualne dzikich" Garbaczewskiego. Chciałam się od niego uwolnić, ale cóż, nie jest mi pisane. Waham się chwilę, bo żal mi troche "Premiery" w Komedii i "Wodzireja" w Imce, ale jednak na ten weekend zaplanowałam mocne teatralne wrażenia i należy się ich trzymać! Wysyłam więc maila z rezerwacją i czas już lecieć na zajęcia.
To jedyna chwila wytchnienia dzisiejszego dnia, mam zapas czasowy jakiś 15 minut, więc spokojnie spaceruje sobie ulicą przestępując z nogi na nogę, paląc papierosa i podśpiewując "Alkoholicy z mojej dzielnicy" na zmianę z "Kobieta się waha". Miło.
Docierając, dostaję telefon od DZ, czy docieram, bo nie jest pewna czy miała mi jeszcze potwierdzić swoje 99%. Dla mnie 99=100. Całe szczęście, że nie było inaczej!
Zajęcia, ku mojemu zaskoczeniu, mijają naprawde pozytywnie i wprawiają mnie w dobry nastrój. Nowy tekst Szczepkowskiej zostaje przyjęty i to w dodatku z entuzjazmem. Doskonale, małymi kroczkami do celu! Zapominam trochę o czasie i z przerażeniem orienuje się, że jest już 19:10!
Rzucam się w szaleńczy bieg przez ulicę Kaliską, nieważne że moja torebka waży ze 100 kilo. Wpadam do taksówki i niczym w pościgowych filmach wykrzykuje: "Pod Pałac Kultury, JAK NAJSZYBCIEJ!". Taksówkarz jest zaiste bardzo miły i robi co w jego mocy. Po drodze ucinamy sobie jeszcze pogawędkę o sensowności remontów w centrum miasta. Na miejsce docieram 19:28. Biegnę na łeb na szyję, wpadam do teatru studio, pokonuje schody, ufff! Zdążyłam!! Siadam zdyszana na swoim miejscu. Okej, teraz już wiem dlaczego miejsca w pierwszych rzędzie były wolne. Scenę mam tak raczej nad sobą. Ale spoko, nie jest źle.
Spektakl. Wow. Zdecydowanie wow. Dostrzegam zalety siedzenia w pierwszym rzędzie. Widok spływających łez po twarzach poszczególnych aktorów zawsze działał na mnie jak magnes. No i do tego kopalnia monologów i wspaniałych tekstów. Same plusy! Ani przez chwilę nie żałuję szaleńczego biegu do teatru. Studio awansuje w moim rankingu warszawskich teatrów na wysokie, wysokie miejsce!
Uradowana wychodzę z teatru. Teraz do kompletu party, sztuka i nauka, pozostaje już tylko party. Nauka już była, sztuka - i to jaka! - też. Więc po drodze do Bezzyego zachaczam o złote tarasy. Kupuję upragniony gin i inne zagryzki. Docieram na Bagno trochę później niż planowałam, ale docieram! I żeby dokończyć intensywny dzień, intensywnie pijemy, rozmawiamy z Nelą na skypie, zagryzamy pizzą i bawimy się na youtube party! Stwierdzam, że powrót do hostelu jest absolutnie wykluczony. Więc śpię u Bezducha. Budzę sie na dźwięk budzika o 10:30 i... "za oknem zimowo zaczyna się dzień, zaczynam kolejny dzień życia".
A teraz siedzę w ATM-ie czekając na kolejną sztukę Nowego Teatru - a miałam z tym skończyć i zobaczyć Lupę! - po kolejnych udanych zajęciach i gimbazowo opisuje to wszystko.
Warszawa to piękne miasto.