Mieliście kiedyś tak, że byliście w jakimś miejscu, z którego bardzo nie chcieliście wychodzić? Nie tylko w danym momencie, ale w ogóle. Chcieliście tam po prostu zostać na zawsze, nawet kosztem wszystkich i wszystkiego. Chcieliście móc nazywać to miejsce swoim domem, chociaż właściwie już je tak nazywacie, ale chcieliście, żeby w końcu to określenie było naprawdę prawdziwe.
Ostatnio tak często spotykam odzwierciedlenie swoich marzeń w rzeczywistości. Odnajduje je w szczęśliwych oczach tych wszystkich spełnionych kobiet, w ich pewnym chodzie, w tym jak dobrze czują się same ze sobą.
A każde to spotkanie jest tak samo piękne, jak i bolesne.
Wtedy pragnienie staje się takie dojmujące, wszechogarniające, dotkliwe że aż skręca wnętrzności, przewraca wszystko do góry nogami, więzi myśli, ruchy, spokój ducha. Jednocześnie odbiera pewność siebie, zalewając umysł falą niepokoju. Bo przecież nigdy nie można być pewnym czy dobrze się robi, czy używa się dobrych środków i czy jest jakakolwiek szansa na sukces, którego tak bardzo się pragnie.
I wtedy tak rozpaczliwie szuka się znaków na niebie i ziemi, które wskazywałyby na to, że idzie się w dobrym kierunku, że gdzieś na końcu długiej i trudnej drogi czeka sukces.
Tak wiele zmieniło się od zeszłego roku. Nie ma we mnie tej głupiej naiwności, tego optymizmu w stosunku do wszystkiego. Ale z drugiej strony jest niesamowita świadomość, być może czasem zdecydowanie za bardzo analityczna. I jest to pragnienie, tak ogromne jakiego nie czułam jakiego nie czułam jeszcze nigdy.
To już nie jest pragnienie z gatunku - "Ale by było super, gdyby się udało...". To jest pragnienie: "Musi się udać, potrzebuje tego bardziej niż tlenu".
Pragnienie, które umacnia się we mnie z każdą chwilą i z każdą napotkaną cudowną kobietą, kiedy coś we mnie całej krzyczy na cały głos: CHCĘ BYĆ TAM GDZIE TY JESTEŚ. POMÓŻ MI, POMÓŻ MI TO ZROBIĆ.
Nie wiem, mam straszny mętlik w głowie. Nie wiem czy jestem dobra, nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie być na tyle dobra, nie wiem czy jest jakakolwiek nadzieja. Ale wiem, że już za bardzo przywiązałam się do tego świata, żeby teraz z niego zrezygnować. Już nie umiem wyobrazić sobie siebie będącej szczęśliwą w jakiejkolwiek innej roli.
Nie wiem, poszukuje kogoś kto da mi odpowiedź, kto da mi wskazówkę, poprowadzi za rękę albo chociaż przytuli, powie że się uda, tak żebym i ja w to uwierzyła.