Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 27 listopada 2011

Ja wam mówię jest dobrze, ale nienajgorzej jest.

alkohol ma dobre ale też złe strony
do wniosku dochodzę w niedziele przy stole

Moja dusza cicho mruczy i prosi o więcej.


Wycisk, praca przez 10 godzin, potem wielkie chlanie i wielki kac, potem znowu praca, wycisk, otwarcie się i wyzuwanie z wszelkich trudnych i trudniejszych tematów, a na koniec na spektaklu totalne roztrzęsienie emocjonalne.
I zero taryfy ulgowej i dawanie z siebie 200%.
Niech już tak będzie zawsze.

środa, 23 listopada 2011

Na sto dwa.

Niesamowita wolność jaką poczułam wczoraj stała się kolejnym powodem tego, że kocham teatr nad życie. Bo tam nikt nie mówi co masz robić, wszystko zależy od Ciebie, emocje, ruch, gest, słowo. Ty tworzysz ten świat, w którym nie ma żadnych ograniczeń, w którym można absolutnie wszystko. I w którym wszystko jest dzięki temu nieskazitelnie prawdziwe. I nieskazitelnie TWOJE.




"Nawet się nie obejrzysz, a skończysz szkołę teatralną" <3

piątek, 18 listopada 2011

środa, 16 listopada 2011

Katharsis.

Przychodzi taki moment, kiedy już dalej nie da rady. Kiedy te wszystkie emocje, myśli, stany kumulują się rosnąc coraz bardziej i bardziej, do granic szaleństwa. Kiedy zwyczajnie nie można już normalnie oddychać, kiedy wszystko bierze górę obezwładniając normalność we wszystkich aspektach.

I wtedy, zupełnie samo lub z nieświadomą pomocą, przychodzi katharsis.
Poprzedzone zazwyczaj punktem kulminacyjnym. Kiedy emocje podchodzą do czubka głowy, tak że nie ma innej możliwości, tylko je z siebie wyrzucić. Więc wychodzą, powodując dziwny stan roztrzęsienia psycho-fizycznego, wrażenia nie-bytu przez kilka momentów.

A potem następuje cisza. Błoga, wyczekiwana, bezpieczna. Spokój, który koi duszę i umysł. I wreszcie można swobodnie odetchnąć, nie myśleć przez chwilę, odpocząć.
A potem następuje przewartościowanie, nagle chociaż nie zmieniło się nic, zmieniło się wiele. Oddech w życiu, szczerość samemu za sobą, przestrzeń. I jest tak dobrze, nie idealnie, ale po prostu dobrze.




poniedziałek, 7 listopada 2011

Najkrótszy z krótkich, milczący szept

Mieliście kiedyś tak, że byliście w jakimś miejscu, z którego bardzo nie chcieliście wychodzić? Nie tylko w danym momencie, ale w ogóle. Chcieliście tam po prostu zostać na zawsze, nawet kosztem wszystkich i wszystkiego. Chcieliście móc nazywać to miejsce swoim domem, chociaż właściwie już je tak nazywacie, ale chcieliście, żeby w końcu to określenie było naprawdę prawdziwe.

Ostatnio tak często spotykam odzwierciedlenie swoich marzeń w rzeczywistości. Odnajduje je w szczęśliwych oczach tych wszystkich spełnionych kobiet, w ich pewnym chodzie, w tym jak dobrze czują się same ze sobą.
A każde to spotkanie jest tak samo piękne, jak i bolesne.
Wtedy pragnienie staje się takie dojmujące, wszechogarniające, dotkliwe że aż skręca wnętrzności, przewraca wszystko do góry nogami, więzi myśli, ruchy, spokój ducha. Jednocześnie odbiera pewność siebie, zalewając umysł falą niepokoju. Bo przecież nigdy nie można być pewnym czy dobrze się robi, czy używa się dobrych środków i czy jest jakakolwiek szansa na sukces, którego tak bardzo się pragnie.

I wtedy tak rozpaczliwie szuka się znaków na niebie i ziemi, które wskazywałyby na to, że idzie się w dobrym kierunku, że gdzieś na końcu długiej i trudnej drogi czeka sukces.

Tak wiele zmieniło się od zeszłego roku. Nie ma we mnie tej głupiej naiwności, tego optymizmu w stosunku do wszystkiego. Ale z drugiej strony jest niesamowita świadomość, być może czasem zdecydowanie za bardzo analityczna. I jest to pragnienie, tak ogromne jakiego nie czułam jakiego nie czułam jeszcze nigdy.
To już nie jest pragnienie z gatunku - "Ale by było super, gdyby się udało...". To jest pragnienie: "Musi się udać, potrzebuje tego bardziej niż tlenu".

Pragnienie, które umacnia się we mnie z każdą chwilą i z każdą napotkaną cudowną kobietą, kiedy coś we mnie całej krzyczy na cały głos: CHCĘ BYĆ TAM GDZIE TY JESTEŚ. POMÓŻ MI, POMÓŻ MI TO ZROBIĆ.

Nie wiem, mam straszny mętlik w głowie. Nie wiem czy jestem dobra, nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie być na tyle dobra, nie wiem czy jest jakakolwiek nadzieja. Ale wiem, że już za bardzo przywiązałam się do tego świata, żeby teraz z niego zrezygnować. Już nie umiem wyobrazić sobie siebie będącej szczęśliwą w jakiejkolwiek innej roli.
Nie wiem, poszukuje kogoś kto da mi odpowiedź, kto da mi wskazówkę, poprowadzi za rękę albo chociaż przytuli, powie że się uda, tak żebym i ja w to uwierzyła.


czwartek, 3 listopada 2011

Och.

Może pomarzymy... na przykład o życiu, jakie nadejdzie kiedyś, za dwieście labo trzysta lat. Cóż! Wtedy ludzie będą latali balonami, zmieni się krój marynarek, może odnajdą szósty zmysł i nawet go rozwiną, ale życie będzie wciąż takie samo: trudne, pełne tajemnic, szczęśliwe. I za tysiąc lat człowiek też będzie wzdychał: „Ach, jak ciężko żyć!”.

Ale jakże pięknie przy tym.